piątek, 24 sierpnia 2012

wegański kopiec kreta


Nie ufam wszelkim wypiekom z kartoników i innym "pomysłom na..." zwłaszcza, kiedy pani w reklamie, dumna ze swojego deseru, mówi coś o odrobinie wyobraźni.
W związku z tym (oraz późniejszym weganizmem ;) ), "Kopca Kreta" w oryginale nigdy nie miałam okazji spróbować. A trochę, muszę przyznać, mnie kusił. I tak powstał mój wegański odpowiednik.

Ciasto (Cygan po wielu modyfikacjach):

4 szklanki mąki pszennej razowej
1/2 szklanki cukru białego
1/2 szklanki cukru trzcinowego muscovado
1 szklanka oleju
1,5 szklanki wody
2 duże łyżki sody
3 duże łyżki karobu

Mieszamy suche składniki, dodajemy mokre i dokładnie łączymy. W razie potrzeby dolewamy wody. Ciasto przekładamy do tortownicy i pieczemy*
*nie wiem ile czasu i w ilu stopniach, ponieważ mam piekarnik gazowy, i temperatura w nim cały czas rośnie, a ja muszę się wysilać, żeby mi się nic nie spaliło ;)
Upieczone ciasto odstawiamy do ostygnięcia.

Krem:

1 tofu naturalne
1,5 szklanki płatków ryżowych
1,5 szklanki mleka sojowego
aromat śmietankowy
cukier (biały)
gorzka czekolada

Tofu rozdrabniamy i wkładamy do blendera. Przygotowujemy kaszkę ryżową zgodnie z instrukcją na opakowaniu, czyli wsypujemy płatki ryżowe do gotującego się mleka (w stosunku 1:1) i mieszamy. Jak ostygnie, to dodajemy do tofu, dosypujemy cukru, dolewamy aromatu i blendujemy. W razie potrzeby dolewamy mleka sojowego (konsystencja ma być gęsta, ale bez przesady).
Kroimy/łamiemy czekoladę na drobne kawałki. Dodajemy do masy i delikatnie mieszamy (należy uważać, żeby masa nie była ciepła, bo czekolada zacznie się topić i popsuje nam kolor masy - na co wpadłam niestety nieco za późno ;) ).
Ciasto przekrawamy w okolicach dolnej połowy. Odciętą górę wkładamy do miski i kruszymy. Pozostały placek delikatnie wydrążamy pozostawiając brzegi.


Banany kroimy wzdłuż na pół (oraz na mniejsze kawałki później w razie potrzeby) i wypełniamy nimi wydrążone ciasto. I... skrapiamy lekko sokiem z cytryny, żeby nie straciły koloru.


Na banany nakładamy krem i formujemy górkę. Następnie górkę pokrywamy pokruszonym ciastem.
Uzyskujemy przepyszny wegański "Kopiec Kreta".


sobota, 21 lipca 2012

pikkupullat


Przerwa w dostawie wpisów spowodowana była:
- brakiem umiejętności pisania ładnie oraz z sensem
- wyczerpanym limitem internetu akurat wtedy, kiedy chciałam coś napisać
- ogólnym rozchwianiem emocjonalnym („jestem beznadziejna, chcę frytki i spać”)

Gdy Żona wyjechała do Niemiec grać koncerty i zarabiać miliony, ja w towarzystwie dworcowych i pociągowych dźwięków wuwuzel, trąbek, pisków i krzyków, po j a k ż e s z y b k o płynących 6 godzinach podróży, znalazłam się w rodzinnym mieście na „T”. W czasie, kiedy nie oglądałam hurtowo 4 odcinków „Słodkiego biznesu” zajmowałam się gruntownymi porządkami dążąc do minimalizmu w kategorii „posiadane przedmioty”. No i właśnie w trakcie rzeczonych (2 kg ziemniaków :D - pozdro siostra, teraz zawsze słowo „rzeczonych” będzie mi się kojarzyło z 2 kg ziemniaków) porządków znalazłam fińskie gazetki FINFO. W niektórych były przepisy. A wśród nich na te oto małe kulki – drożdżówki.



Pikkupullat

0,5 l mleka roślinnego
50 g drożdży
zamiast jednego jajka mieszanka: łyżka proszku do pieczenia z 2 łyżkami wody
150 ml cukru
łyżeczka soli
łyżka kardamonu (u mnie świeżo zmielona laska cynamonu)
1 kg mąki
100-150 g margaryny roślinnej
glazura: 2 łyżki cukru rozpuszczone w 1 lub 2 łyżkach wody = gęsty syrop




Rozpuścić drożdże w letnim mleku. Dodać mieszankę wody z proszkiem do pieczenia (za pierwszym razem przygotowałam sobie tę mieszankę wcześniej, ale nie spodziewałam się, że to tak szybko rośnie i częściowo wyszło mi ze szklanki - dlatego polecam nie robić tego z wielkim wyprzedzeniem), cukier, sól i kardamon/cynamon. Stopniowo dodawać mąkę – najpierw gęstą masę mieszać łyżką, potem ugniatać ciasto ręcznie. Gdy już będzie gładkie i elastyczne, dodać rozmiękczoną margarynę i wyrabiać aż ciasto będzie odchodzić od rąk i miski. Przykryć ściereczką i zostawić w ciepłym miejscu, aż nieco wyrośnie.
Wyrośnięte ciasto podsypujemy nieco mąką (jeśli jest taka potrzeba) i formujemy małe kuleczki. Układamy na papierze do pieczenia, smarujemy przygotowaną glazurą i posypujemy cukrem (najlepszy by był jakiś gruboziarnisty). Pieczemy około 10 minut w bardzo nagrzanym piekarniku (około 230 stopni).
Najlepiej, żeby drożdżówki stygły sobie spokojnie przykryte ściereczką.





Fińskie bułki są najlepsze na świecie bo są fińskie (to jest przecież zrozumiałe) oraz przepyszne. Można wykombinować z nich nie tylko kulki, ale też drożdżówki rodem ze sklepiku szkolnego, jeśli zechce nam się opatentować odpowiednie nadzienie :)



Tak. Brakuje mi „Słodkiego biznesu” w repertuarze mojego telewizora :D

niedziela, 27 maja 2012

relaks, SPA i kolorowe drinki






Słońce świeci, zero obowiązków i same przyjemności.
Ciasta, odżywcze maseczki z glinki ghassoul i kolorowe drinki.
Masażer głowy największą frajdę sprawia Kocie, która za każdym razem, gdy jedna z nas weźmie go z półki, przybiega i domaga się smyrania po pleckach.









Sklep pod blokiem zaopatrzył się wreszcie w nowy hit - Galaretkę Delecty, a na targowisku każdego dnia coraz więcej truskawek. Codziennie było więc ciasto, które znika jeszcze szybciej niż powstaje.

Przepis na biszkopt, który smakuje jak_prawdziwy_biszkopt! tutaj
Instrukcja obsługi galaretki - na opakowaniu.
Truskawki myjemy, kroimy i wrzucamy na ciasto.

I to by było na tyle ;)

W roli kolorowego drinka - kompot z rabarbaru z dodatkiem jabłka, gruszki, goździków i laski cynamonu.


[2 gałązki (?) rabarbaru myjemy i kroimy na małe kawałki,
jabłko myjemy, pozbywamy się części z pestkami i kroimy na małe kawałki,
gruszkę myjemy i również kroimy na małe kawałki,
dodajemy kilka goździków,
laskę cynamonu
i pół (lub więcej) szklanki cukru.
Gotujemy. Jak będzie ugotowane - przecedzamy. Pijemy ciepły lub zimny!]





A tak naprawdę to Żona codziennie uczy się literatury, dlatego serwuję jej te dobroci. Na osłodę.
Uprasza się o trzymanie za Żonę kciuków. Chociaż nawet Kota zna już całego Puszkina na pamięć. I jest wielce znudzona.






 

sobota, 19 maja 2012

"kruszynki" - zrób to sam(a)!

"Kruszynki" z Biedronki lub "Ciastka z orzechami arachidowymi w polewie" z Carrefour w wersji DIY :)



Robi się je łatwo, w miarę szybko i są przepyszne oraz wychodzi ich więcej i taniej niż w oryginale.

Mieszamy ze sobą dokładnie:
2,5 szklanki mąki
1/2 szklanki cukru
łyżeczkę proszku do pieczenia
szczyptę soli
1/2 kostki margaryny roślinnej
około 1/4 szklanki w miarę ciepłej wody/mleka roślinnego

tabliczkę pokruszonej drobno czekolady
Wyrabiamy ciasto. Wykrawamy seksowne kształty (lub małą kulkę ciasta zgniatamy na płasko). Pieczemy około 10 minut w bardzo hot piekarniczku. Potem ozdabiamy roztopioną czekoladą i posypujemy uprzednio przygotowanymi orzeszkami*.


*Uprzednie przygotowanie orzeszków:
Orzeszki w ilości nieznacznej wysypujemy na patelnie, posypujemy odrobiną cukru, dodajemy kropelkę wody i stawiamy patelnię na gazie. Prażymy upajając się towarzyszącym zapachem waty cukrowej.

Czekamy aż czekolada zastygnie i jemy!


piątek, 4 maja 2012

chodź na rynek...

... może jeszcze uda nam się coś kupić.

Poszłam więc na rynek.
Nie udało nam się nic kupić, bo panie handlarki oraz panowie handlarze sobie już poszli.
Ale zostawili jedzenie :)

ponad 1kg marchewki
2 pęczki natki pietruszki
3 pęczki szczypiorku
pęczek rzodkiewek
5 pęczków młodej pietruszki wraz z natką
kilka papryk


Marchewka wraz z zakupionymi rano jabłkami została przerobiona na sok. Ostatnio uwielbiam świeże jabłkowe soki. Jabłkowo-marchewkowy też dał radę. sok marchwiowo-jabłkowy, półdarmowy jest i zdrowy ... :D
Z marchewkowych fusów zrobiłyśmy kotlety.
Do szczypiorku i rzodkiewek dokupiłyśmy tofu i był genialny, wiosenny twarożek.
Z części natki pietruszki zrobiłam pesto (ze słonecznikiem) do makaronu.
Drugą część natki dodałam (ku niezadowoleniu Żony) do sosu do pizzy (który zresztą był pozostałością po sosie do makaronu z dnia wcześniejszego)
Trzecią część natki pietruszki powiesiłam na klamce okna do góry nogami i wysuszyłam - żeby nie trzeba było kupować później tej w torebeczce.
Paprykę dodałam do wyżej wymienionego sosu do makaronu oraz pizzy.





I pozostając w temacie...

Jeśli jesteś posiadaczem lub posiadaczką odbiornika telewizyjnego oraz kanału KUCHNIA+ masz w tę sobotę tj. jutro tj. 5 maja o godzinie 22:50 (co za godzina...) możliwość obejrzenia filmu Taste the Waste (Skosztuj z kosza...).
Więcej informacji tutaj: http://www.kuchniaplus.pl/program/full/skosztuj-z-kosza_38409

Jestem bardzo ciekawa tego filmu. Mam nadzieję, że gdzieś go kiedyś jakoś obejrzę.
Niestety (ogólnie to stety!) moje warunki odbiorczo-telewizyjne są dalekie od ... no. W każdym razie KUCHNI+ na nim nie zobaczę. Nawet jak przytrzymam antenę stopą ;)

a w tle znaleziona i naprawiona przeze mnie suszarka na pranie

Kto ma możliwość niech korzysta i ogląda!
My nawet trailera w całości nie obejrzałyśmy, bo modemowy internet nie wystarcza, a freegański nam zablokowali. Ludzie to się w ogóle dzielić w dzisiejszych czasach nie potrafią :D




środa, 25 kwietnia 2012

babeczki cytrynowo-makowe (z Wegańskiego Weekendu) i inne atrakcje ;)

Od piątku do niedzieli byłyśmy we Wrocławiu z okazji Wegańskiego Weekendu, gdzie m.in.:
No właśnie. Jako, że pewna Pani pytała mnie o przepis na nie, a ja nie byłam w stanie przypomnieć sobie z którego bloga pochodził (ponieważ przeglądałam ich rano sporo w poszukiwaniu inspiracji) to zamieszczam go tutaj, z nadzieją, że zostanie odnaleziony ;)

Przepis pochodzi z tego bloga: http://pinkcake.blox.pl/2012/03/Muffinki-cytrynowo-makowe.html

Siostra dysponowała większą (niż 12) ilością foremek, więc proporcje podwoiłam i chyba coś tam zmieniłam, chociaż nie wiem, w każdym razie przepiszę tu moje notatki z kartki.

Babeczki cytrynowo-makowe (a właściwie to chyba cytrynowo-pomarańczowe z makiem)
3 szklanki mąki (nie przesiewałam, bo nie miałam czasu, ale lepiej by było przesiać)
około 6-8 łyżek maku
1 i 1/3 szklanki cukru - zwykłego białego, brązowego nie miałyśmy ;)
szczypta soli
1 łyżeczka sody
1 łyżeczka proszku do pieczenia
2/3 szklanki oleju
sok z około połowy cytryny, albo z 2/3 jeśli jest duża
odrobina olejku waniliowego (zawsze daję więcej niż odrobinę, no ale załóżmy, że była to łyżeczka)
skórka starta z jednej cytryny
250ml soku pomarańczowego (to chyba był ten)
no i niby powinna być szklanka wody, ale myślę, że wlałam jakieś 2/3, bo stwierdziłam, że cała szklanka to będzie za dużo

Jak zwykle najpierw mieszamy suche składniki, potem dodajemy mokre i dokładnie łączymy. Pieczemy w 175 stopniach około 20 minut (sprawdzamy patyczkiem).


Ogłoszenia:
  • Jutro w Warszawie przemarsz i przekazanie podpisów pod petycją w sprawie koni.
"26 kwietnia b.r. o godzinie 12:00 ruszymy z ronda de Gaulle'a pod Sejm, gdzie zebrane petycje wręczymy delegacji posłów. Zapraszamy WSZYSTKICH, którym los polskich koni leży na sercu i tak jak my nie zgadzają się z obecnym traktowaniem tych zwierząt. Wesprzyjcie akcję swoją obecnością, wyraźcie głośno swoje NIE dla tuczenia koni na rzeź, maltretowania na targach, tłoczenia w transporcie i zabijania w rzeźniach. Pokażmy, że za podpisanymi petycjami stoją ludzie z krwi i kości."
Więcej informacji tutaj: http://www.viva.org.pl/index.php?&id=19&backPID=19&tt_news=529&cHash=0d2efffb24

  • W piątek Masa Krytyczna.

"Łódzka Masa Krytyczna zbiera się o godzinie 18:00 w pasażu Schillera (ul. Piotrkowska 112) i rusza 15 minut później."
Więcej informacji tutaj: http://masakrytyczna.org/zaproszenie/zapraszamy-na-kwietniowa-mase-krytyczna.html



A na koniec piosenka! (uwaga, wkręca się)

wtorek, 17 kwietnia 2012

tarta czekoladowa i trochę o promocji ;)

Ostatnio zrobiłam pyszną tartę czekoladową z brzoskwiniami. Brzoskwinie może nie były idealne w tym miejscu, ale były jedynym owocem pod ręką (poza ananasem, któremu Żona powiedziała stanowcze nie) Tartę tę będę robić jeszcze nie raz. Zwłaszcza w sezonie darmowych truskawek, czereśni, malin i co_tam_się_trafi. Wtedy będzie zdecydowanie najlepsza! Zwiększyłabym tylko proporcje ciasta, bo przy tej ilości kremu jak dla mnie było prawie niewyczuwalne.
Dzięki temu przepisowi odkryłam mistrzowski czekoladowy krem, który już widzę między biszkoptami tortu pokrytego bitą śmietaną. Mmm...


Przepis znajdziecie na tym blogu: http://veganskisvemir.blogspot.com/2011/04/tarta-czekoladowa-z-ananasem.html . Polecam!

A ja jak zwykle w takich sprawach niecierpliwa zrobiłam zdjęcie i zjadłyśmy pierwszy kawałek jak masa była jeszcze płynna...



Na Marszu Równości w Łodzi było... fajnie. Policja się zdecydowanie postarała. Trasa była nietypowa, ale moim zdaniem nie była zła. Panowie "normalni" chyba nie byli na tę trasę przygotowani: dzięki czemu obyło się bez większych incydentów oraz nie towarzyszyli nam non stop w przemarszu zagłuszając go swoimi stadionowymi okrzykami. No i w końcu coś nie działo się na Piotrkowskiej. Fakt, nie były to najpiękniejsze zakątki Łodzi (chociaż parę gorszych by się znalazło), ale Marsz Równości to jednak nie wycieczka turystyczna z przewodnikiem. Chyba. Więc nie do końca trafia do mnie zarzut z relacji Abiekta, chociaż może ja się nie znam. Według mnie to nawet dobrze, że zaznaczyliśmy swoją obecność w miejscach, gdzie równie dobrze mogły na nas polecieć sprzęty gospodarstwa domowego przez okna* ;) I tu kolejny plus, że Marsz wracał. Lepiej oczywiście gdyby w to samo miejsce wracał innymi drogami, ale w tych wąskich uliczkach chyba nawet by nie było jak. No i byłby to dodatkowy teren do zabezpieczania przez (naprawdę bardzo dobrze zorganizowaną i przygotowaną) policję. Serio, wolę się wrócić w miłym, uśmiechniętym towarzystwie zaopatrzonym w baloniki oraz policję niż zakończyć Marsz w totalnej szarej dupie nie wiedząc czy w ogóle podejmować próbę wracania do domu trybem ninja, czy stać i wypatrywać z nadzieją teleportu ;)
Z jednym się zgadzam (gdzieś w komentarzach pod wspomnianym postem Abiekta było): nie było hasła przewodniego i nie było wiadomo czemu właściwie maszerujemy. Przynajmniej ja nie zauważyłam. W którejś relacji przeczytałam na przykład, że żądaliśmy ustawy o związkach partnerskich - ani nie słyszałam ani nie widziałam tego hasła podczas manifestacji, chociaż nie wykluczam, że coś mnie mogło ominąć.
W każdym razie ja na następny marsz raczej spłodzę jakiś transparent w stylu "Tolerować to można wrzód na dupie" (albo "Kontrowersyjna to jest kurwa dla mnie wasza głupota" <3), bo wewnętrznie mną wstrząsa, jak słyszę dumne okrzyki "Łódź, Łódź, miastem tolerancji!"
To chyba nie postulat? Przecież większość nas właśnie  t o l e r u j e . Ja nie chcę być tolerowana, nie robię nic złego, łaski nie potrzebuję. Tolerancja mnie boli, bo to ludzie tolerancyjni mówią "ja nie mam nic przeciwko, ale nie musicie się afiszować", "mogą sobie żyć, ale nie muszą się trzymać za ręce na ulicy" itp. I wreszcie nasi przeciwnicy, którzy z tego co zauważyłam obrali ostatnio nową taktykę, mówią "nie sprzeciwiamy się homoseksualizmowi, który jest naturalny, ale jego promocji".

Wolność! Równość! Byle nie tolerancja! Błagam.

A co do promocji:
źródło: http://rysunki.bardzofajny.net/promocja-homoseksualizmu/



A na koniec piosenka. Była w linku w treści, ale gdybyście nie zauważyli to będzie też tu ;) Bo mi się przypomniała, a tekstem jej mam ochotę się podzielić, bo czemu nie :)



*ktoś to powiedział podczas marszu, ale nie wiem kto, przepraszam

poniedziałek, 26 marca 2012

Chocoloco i babeczki z masłem orzechowym

W przerwie wiosennych porządków, więc szybko.

1. Babeczki z masłem orzechowym. 
Przepis z książki Vegan Cupcakes Take Over the World z moimi zmianami.



Składniki:
3/4 szklanki mleka sojowego naturalnego
2 łyżeczki octu
1/2 szklanki diy masła orzechowego (mielimy w młynku orzeszki ziemne na pył oraz na małe kawałeczki, dodajemy trochę soli i mieszamy z olejem)
1/4 szklanki oleju
2/3 szklanki cukru pudru
2 łyżeczki zmielonego siemienia lnianego
1 szklanka i 2 łyżki mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody
szczypta soli

Przygotowanie:
Połączyć mleko z octem. Do miski wrzucić masło orzechowe, olej, cukier i siemię lniane - miksować/blendować/połączyć bardzo no :D
Dodać mleko z octem i nadal miksować.
W innej misce połączyć suche składniki tj. mąkę, proszek do pieczenia, sodę i sól. Dodać do nich zmiksowane, mokre składniki.
Wypełnić foremki (2/3 wysokości) i piec około 20 minut w około 180-200 stopniach.



2. Chocoloco.
Przepis z forum http://wegedzieciak.pl/viewtopic.php?t=5202 z moimi zmianami.


Składniki:
4 szklanki mleka sojowego czekoladowego
1/2 szklanki kaszy manny
1/2 szklanki wiórków kokosowych
ciastka Digestive
szczypta soli
dwie łyżeczki alkoholu o smaku mango, bo mi zalega ;)

groszki <3
Przygotowanie:
Wykładamy tortownicę ciastkami. Nadmiar kruszymy i wypełniamy nimi dziury międzyciastkowe.
Stawiamy garnek na gazie i: wlewamy mleko, dodajemy soli, wiórków kokosowych i alkoholu. Mieszamy i gotujemy. Wsypujemy kaszę do gotującego się mleka i mieszamy dokładnie,  żeby nie było grudek. Powstałą masą zalewamy ciastkowy spód. Wierzch ozdabiamy jak nam się podoba. Ja użyłam białych groszków i wiórków kokosowych. Wstawiamy do lodówki lub kładziemy za oknem póki jeszcze wieczory są chłodne i czekamy aż "ciasto" się "zetnie", ciastka zmiękną i całość nie będzie się przy krojeniu rozlatywała. A jak się jest niecierpliwym, to szybko robi się ciastu zdjęcie nie czekając na poranne światło, ponieważ ciasta rano już nie ma... :D



A na koniec Kota w nowej obroży zaprasza na stronę antyfutro.pl oraz do podpisania się pod petycją za zakazem hodowli zwierząt na futra tu: http://antyfutro.pl/petycje/


Wracam do sprzątania! :) (a potem będzie nowe ciasto, bo mam ochotę na ciasto)

wtorek, 20 marca 2012

"MORE THAN MUSIC", more than śniadanie.

Protest przeciwko hodowli i wywozowi koni na rzeź - słychać "a o krowy i świnie dlaczego nie walczycie?!?!"
Jest demonstracja przeciwko mordowaniu psów na Ukrainie przed Euro2012 - "piesków to zabijać nie wolno, ale za aborcją jesteście!?!!!"
Akcja dotycząca przemysłu futrzarskiego - "ale w skórzanych butach to chodzicie?!!!"
A jak wysyłanie protestu z jednego miejsca w drugie zawodzi, to zawsze można odwołać się do słynnego "dzieciom byście pomogli a nie o zwierzątka walczycie!!!"
Też to zauważyliście? ;)
No więc mam (pewnie i tak zbyt mało satysfakcjonującą) wiadomość dla wszystkich wielce i nieustannie oburzonych.

MORE THAN MUSIC
"Składanka ta powstała jako wyraz potrzeby, by za pomocą tego, co nas pasjonuje najbardziej — czyli muzyki — móc okazać pomoc młodym ludziom z domu dziecka. Jest to także doskonała okazja ku temu, żeby zwrócić uwagę na palący nas problem przemocy wobec najsłabszych i oddać hołd jej ofiarom.
Chociaż pochodzimy z różnych środowisk, łączy nas jedna idea — że wszyscy ludzie są równi. Staramy się propagować otwartość wobec świata, pozbawioną wrogości i bezpodstawnej agresji postawę względem wszelkich odmienności, takich jak: kolor skóry, wyznanie, narodowość, orientacja seksualna, płeć. Konsekwentnie wspieramy wszelkie działania antyfaszystowskie (również te o zabarwieniu radykalnym, uzasadniając je stanem wyższej konieczności w obliczu tak destruktywnych działań), a także stoimy w opozycji do jakichkolwiek form wyzysku i ucisku państwowego.
Jednakże nasze pojmowanie przemocy nie ogranicza się tylko do istot ludzkich, lecz obejmuje ono także zwierzęta („Ludzie wyraźnie dostrzegają przemoc, kiedy oni są ofiarami. Gdy jednak ofiarami są zwierzęta, bezmyślnie tyranizują je i maltretują bez końca.” Ingrid Newkirk, „Wolność dla zwierząt”). Uważamy, że miarą naszego człowieczeństwa, jak też wyznacznikiem poziomu cywilizacji powinien być stosunek do innych istot."

Całkiem fajna, bardzo ładnie wydana. Polecam! :)

Bez wyrzutów sumienia (bowiem pomogłam dzieciom) mogę przejść do "narzucania wszystkim mojego weganizmu" poprzez (nachalną oczywiście) prezentację ostatnich śniadań. Kto bystry, ten zauważył, że na moim blogu niestrudzenie "promuję" również homoseksualizm, nazywając moją Żonę (ups!) Żoną.
No dobra, koniec sarkazmów ;)

Śniadanie nr 1
Dzisiejsze.
Miękkie awokado przekrawamy wzdłuż. Wyjmujemy pestkę. Do środka wkładamy co nam się podoba. W tym przypadku była to pokrojona w kosteczkę rzodkiewka i pomidor. A do tego w ramach sosu - śmietana słonecznikowa.
W związku z mało bogatym wypełnieniem (sezonie w pełni wiosenny lub letni - przybywaj!) dodatkowo wzbogacamy śniadanie w tosta. W roli tosta - dwie kromki chleba posmarowane pesto, złożone ze sobą i zapieczone*. Pesto nie ze słoiczka tylko z torebki (przeceny w Kauflandzie zaopatrują nasze mieszkanie w dziwne, ale jednak czasem przydatne produkty :D). Oczywiście lepiej gdyby było to  prawdziwe pesto ;)
*oryginał tosta tu: http://wegannerd.blogspot.com/2012/03/sniadanie-do-ozka.html  mój tost to tylko biednie wykonana inspiracja ;)



Śniadanie nr 2
Z kiedyś.
Tofucznica, czyli:
dwie kostki tofu naturalnego
cebula albo i dwie
zielona cebulka
sól, pieprz, kurkuma
olej

Rozgrzewamy olej, wrzucamy posiekaną w kostkę cebulę, smażymy mieszając. Dodajemy rozgniecione widelcem tofu, mieszamy, dodajemy kurkumę (żeby tofucznica była żółta i dobra), sól, pieprz i znowu mieszamy. Pod koniec gotowania/smażenia/jak się nazywa ta czynność? dodajemy pokrojoną zieloną cebulkę.
Śniadanie to również wzbogacone jest wyżej wymienionym tostem, tym (a właściwie tamtym) razem wykonanym z pełnoziarnistej bułki. Oraz w szklankę wody i szklankę koktajlu.

Smoothie:
3 marchewki
jabłko
3 liście kapusty białej
garść suszonej żurawiny
kawałeczek imbiru
woda
czy jakoś tak ;)


Śniadanie nr 3, a właściwie mogąca być śniadaniem (bo czemu by nie) przekąska bez okazji
Frytki! Przepis na nie znalazłam w książce "Wegańska bogini w kuchni" w dziale "PMS - Przekąski na Menstruacyjne Smutki". W połączeniu z bezmyślnym oglądaniem serialu faktycznie spełniają się w tej dziedzinie.

Przepisu nie zacytuję, bo ma wszelkie prawa zastrzeżone. Ale...
Frytki piekłam w piekarniku na papierze do pieczenia lekko tylko otoczone olejem. W dwóch partiach, żeby się ładnie i szybko upiekły a nie ugotowały leżąc jedna na drugiej ;) Oleju najlepiej użyć kokosowego, bo zdrowy, ale oczywiście nie trzeba. Ja użyłam. Upieczone frytki polałam mieszanką kilku ząbków czosnku (to zależy od osobistych preferencji) przysmażonych na łyżce - dwóch (to zależy od ilości czosnku) oleju. Całość posypałam solą (najlepiej morską, bo zdrowsza, wiadomo) i posiekaną natką pietruszki.
Niby frytki, a zupełnie inne! 



Niebawem będą ciasta, ciasteczka czy inne babeczki. Zgodnie z profilem bloga ;) Obiecuję! W końcu święta idą, dodatki cukiernicze zamówione, szkockie podarunki od siostry też już dostałam... nic tylko piec!

 

sobota, 17 marca 2012

tort marchewkowy

Blender wrócił cały i zdrowy. Przeszczepili mu nowy silniczek.
Tym razem spaliłam sokowirówkę! :)
Bo na rynku kupiłyśmy 2kg karotki, i zrobiłyśmy sok.
A z marchewkowych fusów wyjątkowo nie powstały kotlety, lecz tort zainspirowany tortem z programu.

Ciasto:
400g marchewkowych fusów z sokowirówki lub 400g marchewki startej na tarce
kawałek imbiru (również startego)
posiekane orzechy i/lub migdały (ja użyłam orzechów laskowych, bo inne mi się skończyły)
odrobina olejku migdałowego z przeceny w Kauflandzie
4 łyżki zmielonych płatków owsianych
2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżki cukru lub jeszcze lepiej słodu, ale go nie miałam
kopiata łyżeczka zmielonego siemienia lnianego zalana wrzątkiem = "glut"

Mieszamy, przekładamy do foremki i pieczemy około 50 minut.

Teraz krem:
2 opakowania tofu naturalnego
cukier/słód
olejek migdałowy
skórka z połowy pomarańczy
sok z połowy pomarańczy

No i polewa:
Topimy czekoladę gorzką (lub dwie) z dodatkiem 5 łyżek mleka sojowego lub innego roślinnego, a na końcu mieszamy z sokiem z połowy pomarańczy.

Jeśli "biszkopt" nam wyrośnie na tyle, że da się go przekroić po ostygnięciu na dwa placki to dobrze, bo wtedy między jeden a drugi nakładamy krem. W innym wypadku (przedstawionym na zdjęciu poniżej) krem znajduje się na cieście i ma bezpośredni kontakt z polewą, co również nie jest złe. Ozdabiamy jak nam się podoba. Mi się podobało tak:


Papier i pisak jadalny, co bardzo zszokowało Żonę. (Ach, nie ma to jak bankrutować zamawiając cukiernicze gadżety <3)



A na koniec piosenka